Podróże Andrzej Rogalski Diabelska wieża

Diabelska wieża

SHARE

Ponad wszystkim góruje 386. metrowej wysokości skała przypominająca pień ściętego drzewa olbrzyma. W tej części stanu Wyoming teren jest lekko pofałdowany. Pokrywają go niekończące się łąki z pojawiającymi się od czasu do czasu iglastymi sosnami ponderosa, które rosną rzadko, tak jakby nie chciały być blisko siebie.

Czasami między nimi widać powalone pnie i kikuty drzew z siwymi jakby poskręcanymi w bólu konarami. Ziemia i klimat tutaj nie sprzyjają roślinności. Jednak ubogi w wegetację krajobraz natura obdarzyła niezwykłym fenomenem geologicznym.

Prawie zawsze jak nie ma pewnego wytłumaczenia jakiegoś zjawiska natury powstają koncepcje, teorie, przypuszczenia i też przeróżne fantazje w które wierzą naiwni.

W przypadku Devil’s Tower oliwy do ognia spekulacji dolewa nazwa tego cudu natury. Zawdzięczamy ją pułkownikowi Richardowi Dodge, który w 1875 roku zapuścił się w te tereny wraz ze swoim zwiadowczym oddziałem. Jego tłumacz błędnie mu przetłumaczył indiańską nazwę miejsca i tak zostało! Indianie nazywali miejsce inaczej: Arapahoe – „Namiotem niedźwiedzia”, Cheyenne – „Domem niedźwiedzia”, Lakota – „Górą duchów” i „Góra złego Boga”.

Związek Devils Tower z nieznanym i fantazją utrwalił słynny film: „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” z 1977 roku. Główny jego bohater owładnięty ideą spotkania z istotami nie z tego świata miał wizję, że to właśnie nastąpi u stóp „Diabelskiej wieży”. Reżyser i scenarzysta filmu Spielberg nie mógł znaleźć lepszego miejsca do pobudzenia wyobraźni widzów.

Devils Tower wygląda zadziwiająco. Powierzchnia zewnętrzna sformowana jest jakby ktoś użył do tego gigantycznych grabi. Masa skalna ma ogromne pionowe pręgi biegnące od góry do dołu. Indianie w jednej ze swoich legend przypisywali taki ryt skał gigantycznym niedźwiedziom, które rzekomo podrapały zbocza góry pazurami próbując dosięgnąć siedem ściganych dziewcząt, które schroniły się na szczycie. Bogowie, chcąc je uratować przed niedźwiedziami przenieśli je do nieba, ale rysy zostały. Podanie głosi, iż dziewczęta wciąż jeszcze można dostrzec na niebie jako siedem gwiazd. Niedźwiedź w wierzeniach indiańskich często był utożsamiany z szamanem, stąd może wzięła się legenda.
Podanie wykorzystał w swoim filmie Spielberg. Głównego bohatera filmu zabiera z podnóży góry w przestworza statek kosmiczny istot poza ziemskich. Sprytne nawiązanie do legendy.

Faktura góry robi jeszcze większe wrażenie z bliska. Po pokonaniu usypiska skalnego można jej dotknąć, poczuć moc skały. Wzniesienie tworzy struktura mineralna nazywana porfirem. Tak potocznie określa się niektóre skały pochodzenia wulkanicznego. Porfir uważany był w starożytności za wyjątkowo piękny materiał i powszechnie używano go do rzeźbienia posągów władców i bogów. Wyrabiano z niego także luksusowe przedmioty codziennego użytku.

Pewne jest, że „Devils Tower” powstała w wyniku zastygnięcia magmy. Nie jest natomiast rozstrzygnięty spór czy jest to pozostałość powierzchniowego wulkanu czy też twór magmowy, który powstał pod skorupą ziemską wśród miękkich skał, a później w wyniku ruchów tektonicznych i milionów lat erozji został wypchnięty do góry i odsłonięty. Porfir skrystalizował się ze stygnącej i kurczącej się magmy w sześcioboczne graniastosłupy. To jest geologiczne wytłumaczenie, dlaczego góra ma pręgowaną powierzchnię. Kiedy to się działo? Geolodzy twierdzą, że 65 milionów lat temu. Wypada im wierzyć na słowo.

Pod koniec XIX wieku światli Amerykanie zorientowali się, że trzeba chronić najpiękniejsze miejsca młodego kraju przed najgroźniejszym z drapieżników – człowiekiem.

Devils Tower stał się formalnie pierwszym amerykańskim Narodowym Pomnikiem Przyrody. Akt stanowiący to podpisał prezydent Theodor Roosevelt 24 września 1906. W specjalnej deklaracji napisał: „Ta wyniosła i samotna skała jest tak wyjątkowym przykładem efektów erozji wietrznej w wysokich górach, że winna pozostać nietkniętym cudem natury jak i obiektem historycznych i naukowych badań”.

Będąc na miejscu trzeba koniecznie obejść górę. Wokół wieży wytyczone są szlaki piesze. Są one relatywnie łatwe i niezbyt długie.

Idziemy tym najkrótszym i najczęściej pokonywanym przez turystów. Ponad milowa trasa zaczyna się na parkingu przy centrum informacyjnym. Na początku jest troszkę pod górkę. Dalej jest już prawie równo. Wokół w rześkim i suchym powietrzu czuć przyjemny zapach żywicy. Wydają go liczne w tym miejscu sosny ponderosa, które cudem wyrosły na osuwiskach głazów. W ciekawszych miejscach są ławki, gdzie można posiedzieć i pokontemplować nad tym niezwykłym miejscem. Przy trasie jest sporo tabliczek informacyjnych, które dają więcej pojęcia na temat otoczenia. Z prawej strony od czasu do czasu odsłaniają się nam piękne panoramy. W dole wije się rzeka Belle Fourche. Widać też duże połacie czerwonych piasków. Ich kolor bierze się z dużej zawartości żelaza.

Idąc Szlakiem Wieży, na konarach drzew zauważysz szmatki, fragmenty ubrań lub małe pęczki dziwnych drobiazgów. To są fetysze, znaki pozostawione przez Indian. Mają one znaczenie magiczne. Dla Indian od wieków góra była obiektem żywego naturalistycznego kultu. Wierzą, że w skałach są zamienione w kamień wszystkie istnienia. W historii stworzenia świata według Indian Zuni mówi się, że zwierzęta są zamieniane w skały przez Ojca-Słońce i chociaż są martwe, to istnieją nadal wewnątrz skał.
Indianie jako typowi animiści zakładają, że duszę ma nie tylko człowiek, ale również zwierzęta, rośliny, skały, padajacy deszcz, słońce czy księżyc. Stąd wypływa ich wiara w „Wieżę diabła”. Modlą się u jej stóp o zdrowie, dostatek i wskazanie drogi w życiu. Indianie z ponad dwudziestu szczepów zamieszkujących od tysiącleci tereny wokół góry przybywali w to miejsce, aby odprawić rytuały i modły. Ceremonie trwają do dnia dzisiejszego. Przypominają o tym ustawione wokół wzniesienia tablice i banery przestrzegające przed zakłócaniem indiańskich modlitw. Źle widziane jest nawet fotografowanie tego, co zostało pozostawione po obrzędach, czyli właśnie wspomnianych fetyszy. Służby parkowe apelują, aby szczególnie w czerwcu, podczas przesilenia słonecznego kiedy Indianie przybywają masowo nie zakłócać ich ceremonii. Próbowano sądownie Indianom odebrać prawo do uprawiania swoich wierzeń pod Devils Tower, ale to się nie udało. Indianie celebrowali i chcą dalej celebrować swoje religijne i kulturalne tradycje. Przed modlitwami poszczą, dokonują oczyszczenia ciała w specjalnych namiotach parowych, przebywają w odosobnieniu i zakładają tradycyjne stroje. Najważniejsze są modlitwy, ale też mają miejsce bardziej spektakularne rytuały, w tym zbiorowy „Taniec ducha”.

Szczególnym problemem są dla Indian alpiniści. Devils Tower to w Ameryce Północnej jedno z ich ulubionych miejsc. Szczyt zdobywa miesięcznie około 1200 osób. Mimo apeli dalej w czerwcu alpiniści tłuką się po ścianach Devils Tower. Pierwszego wejścia na szczyt dokonano 4 lipca 1893 roku. Dla ułatwienia zadania dwaj miejscowi farmerzy zbudowali sobie ponad 100. metrową drewnianą drabinę z kołków wbijanych w szczeliny skalne. Do dnia dzisiejszego widoczny jest jej 70. metrowy fragment. Wyczynowi śmiałków, którzy zawiesili na szczycie flagę amerykańską, kibicowało ponad 1000 widzów.

Dla tych, którzy szukają dłuższych spacerów i mają więcej czasu jest do dyspozycji pętla o długości blisko 5 kilometrów. Z tej ścieżki również roztaczają się wspaniałe widoki na wieżę i dolinę rzeki Belle Fourche. Rozpoczyna się ona również przy centrum informacyjnym. Ma też połączenia z małą pętlą więc można skorzystać z obu szlaków na raz.

Devils Tower jest jednym z głównych punktów na szlaku wiodącym przez północne Stany Zjednoczone i nie można go ominąć podróżując w tamtych okolicach.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Rogalski