Podróże Andrzej Rogalski Alaska: Śmierć u stóp Denali – Ostatni lot

Alaska: Śmierć u stóp Denali – Ostatni lot

SHARE

Trochę ciasne pomieszczenie. Na ekranach monitorów widoczne tabelki, wykresy, podliczenia. W części biurowej uwija się kilku pracowników. Rozmawiają ze sobą przyciszonymi głosami. W powietrzu wyczuwa się przygnębienie i atmosferę żałoby. Kilka osób czeka w kolejce. Niektórzy po kolei wchodzą na wagę. Pilot musi wiedzieć przed lotem ile ważą wszyscy pasażerowie. Przepisy bezpieczeństwa jasno regulują maksymalne obciążenie samolotu. Mimo wszystkich zabezpieczeń, wypracowanych przez dziesiątki lat procedur bezpieczeństwa lotów nie da się uniknąć katastrofalnych błędów.

To tu wieczorem 4 sierpnia czworo Polaków załatwiło sobie lot marzeń. Nigdy z niego nie powrócili. Znaleźli śmierć na lodowej ścianie na wysokości ponad 3 tys. metrów nad poziomem morza.

Talkeetna jest małą miejscowością na Alasce. Znana jest jednak wszystkim podróżnikom, a szczególnie alpinistom, którzy w tym miejscu zbierają się przed atakiem na Denali, najwyższy szczyt w Ameryce Północnej. Typowa urokliwa osada górska z przyjemną drewnianą zabudową. Dziesiątki małych restauracji, kafejek, sklepów z pamiątkami, a ulice pełne turystów. Widać ich wszędzie. Radośni chodzą powoli. Przecież są na wakacjach – nie spieszą się nigdzie.

Jedną z największych atrakcji w Talkeetna są loty nad Denali National Park z lądowaniem na lodowcu tuż u podnóża szczytu Denali. Kiedyś nazywano ją McKinley od nazwiska zabitego w 1901 roku prezydenta, ale administracja Obamy ją zmieniła na Denali, co w języku Indian Atabasków oznacza „Najwyższa” .

Taki dzień jak dziś, z bezchmurnym niebem, jest niesamowitą okazją do zobaczenia z lotu ptaka słynnego parku. W Talkeetna jest kilka firm, które oferują takie usługi. Największa i najbardziej uznana z nich to K2 Aviation. To jej samolotem polecieli Polacy, którzy zginęli w katastrofie trzy dni wcześniej.
O wypadku wiemy dobrze. Ta hiobowa historia gasiła chęci przeżycia przygody lotniczej. Co to za atrakcja, która może się skończyć tragicznie? Wcześniej już wiele razy byłem w Talkeetna. Nigdy nie trafiłem na taką idealną pogodę! Może jednak warto polecieć? Tak, po naradzie zdecydowaliśmy: lecimy!
Idę do biura z zamiarem kupienia biletów. Zła wiadomość – miejsca na wszystkie loty od wczoraj są sprzedane. Pogoda jest ważniejsza niż świadomość, że kilka dni temu zginął ktoś lecąc samolotem K2 Aviation. Ludzie szybko zapominają. Rzadko też dopuszczają myśl do siebie, że nieszczęście może właśnie się przytrafić im. Poza tym dwa wypadki po kolei? Wyklucza to prawie całkiem rachunek prawdopodobieństwa. Wychodząc z biura widzę jednego z właścicieli firmy. Twarz kobiety jest wykrzywiona grymasem smutku i chyba strachu o przyszłość firmy. Podszedłem do niej i złożyłem kondolencje. Dowiaduje się, że jesteśmy Polakami. To zmienia sytuację. My dziś nie jesteśmy zwykłymi klientami.

– Proszę przygotować lot – zwraca się do jednego z pracowników. Dostajemy też dodatkowo zniżkę na tę drogą atrakcję.

Podajemy nazwiska i tak jak wszyscy wchodzimy na wagę. Otrzymujemy karty pokładowe. Czeka nas krótki spacer przez pasy startowe do samolotu de Havilland Otter pomalowanego na czerwono z poprzecznymi białymi paskami oraz z logo firmy. Pilotem jest wysoki mężczyzna w wieku około 40 lat. Budzi zaufanie. Zakładamy słuchawki i dostajemy krótką informację na temat lotu. Pilot rozmawia z wieżą kontrolną i otrzymuje zezwolenie na start. Samolot nabiera szybkości i odrywa się od ziemi. Uważnie przyglądam się pulpitowi. Różne małe i duże przyciski – monitory, światełka. Niewiele z tego rozumiem, ale mam nadzieję, że pilot wie co robi. Wcześniej zanim wsiadł do kabiny czule żegnał się z dziewczyną, która przyjechała na pas startowy na rowerze. Wyglądało to jak pożegnanie na zawsze. Z pewnością wisi nad nimi odium sobotniej tragedii.

* * *
Sięgam do wstępnego raportu National Transportation Safety Board Aviation.
Dramat jest opisany zimnym, rzeczowym językiem.

„Lokalizacja: Talkeetna, AK Numer wypadku: ANC18FA063. Data i czas: 08/04/2018. Samolot: De Havilland DHC-2. Cel lotu – zwiedzanie. Ofiary: 5 osób (pilot i czterech pasażerów).”

Dalej czytam: „4 sierpnia 2018 r., około 5.53 pm czasu letniego na Alasce, samolot jednosilnikowy de Havilland DHC-2 (Beaver), N323KT, uderzył w strome wzniesienie. Do wypadku doszło na obszarze wysoko położonym, pokrytym śniegiem, około 50 mil na północny zachód od Talkeetna, Alaska, w Denali National Park and Preserve. Samolot był zarejestrowany na Rust Properties, LLC i obsługiwany przez Rust’s Flying Service Inc, występującej też pod nazwą K2 Aviation. Działalność prowadzona była zgodnie z przepisami kodeksu federalnego”.

Polacy wykupili w K2 Aviation najkrótszy lot. Miał on trwać zaledwie godzinę i nie było przewidywanego lądowania na lodowcu. Główną jego atrakcją był przelot nad obozem alpinistów Denali Base Camp znajdującym się na lodowcu Kahiltna, na wysokości 2194 metry nad poziomem morza. Stamtąd jest już tylko przysłowiowy rzut beretem na lotnisko w Talkeetna.

Samolot z Polakami wystartował z lotniska o godzinie 5.05 pm. Satelitarny system śledzenia samolotów pokazał, że przeleciał nad bazą Denali, stamtąd skręcił na południe i dalej znalazł się w zagłębieniu lodowca Kahiltna. Następnie skręcał w lewo i wziął kurs na południowy wschód do Talkeetna. Samolot kontynuował kurs południowo-wschodni. Jego tor lotu kończy się w pobliżu grzbietu góry Thunder górującej nad lodowcem Kahiltna.

* * *
Po kilkudziesięciu minutach lądujemy na lodowcu „Sheldon Amphitheater”. Wszyscy są pod wrażeniem otoczenia. Potężna góra Denali wygląda jak diament w kamiennej oprawie. Coś tak pięknego i przyjemnego rzadko widzi się w życiu. Spędzamy w amfiteatrze prawie pół godziny. Jest czas na zrobienie zdjęć i zabawy ze śniegiem. Jest ciepło, bezwietrznie. Wszyscy się świetnie bawią. Chyba już zapomnieliśmy o tragedii, która rozegrała się nieopodal.

Czas wracać. Przelatujemy tą samą trasą, którą lecieli Polacy. Po lewej stronie mamy Mount Hunter (4441 metrów n.p.m) a zaraz po prawej stronie pojawia się potężna góra Mount Faraker (5003 metry n.p.m). Lecimy nad wijącym się jak wąż lodowcem Kahiltna. Pilot na moją wcześniejszą prośbę niechętnie, ale pokazuje mi miejsce wypadku. Z trudem można je dostrzec. Gdyby nie czerwony kolor samolotu pewnie w ogóle nic nie można byłoby zobaczyć. Pewno za jakiś czas wszystko pokryje śnieg.

To co zostało wygląda jak zmięty fragment rozbitego i poćwiartowanego łapką na muchy komara na szybie. Widać tylko zarys skrzydła, fragment kadłuba i jakieś porozrzucane wokół drobne fragmenty. Myśl, że nadal w nim przebywają ciała ofiar działa przygnębiająco. Nie dzielę się swoimi myślami z innymi uczestnikami lotu. Wątpię, aby ktoś zauważył to miejsce i dobrze. Jeszcze wtedy była nadzieja, że ofiary zostaną wydobyte z wraku i doczekają się godnego pogrzebu. Później okazało się, że nie jest to możliwe…..

Tekst i zdjęcia: Andrzej Rogalski
Ciąg dalszy nastąpi