Podróże Andrzej Rogalski Chicago w ogniu

Chicago w ogniu

SHARE

Pytanie za milion dolarów: Co powinno znajdować się w miejscu, z którego rozpoczął się jeden z największych miejskich pożarów w nowożytnej historii? 8 października 1871 roku w godzinach wieczornych, w południowej części Chicago, zapaliła się obora.

Mały pożar po kilku godzinach zmienił się w burzę ogniową, która strawiła najważniejszą część miasta, zabiła kilkaset osób i pozbawiła mieszkań ponad sto tysięcy ludzi. Od dawna wtedy było wiadomo, że Chicago jest narażone na pożary. Straż pożarna miała zawsze pełne ręce roboty, ale była w stanie zapanować nad sytuacją. Jednak tamtego dnia prymitywne sikawki zasilane z beczkowozów nie miały szans ze strasznym żywiołem.

Chicago usadowiło się na bagnach i klimacie, który jest niezbyt przyjazny człowiekowi. Jego dynamiczny rozwój wziął się z centralnego położenia na kontynencie, dostępu do dróg wodnych i sieci kolejowych, które zbiegały się z zachodu i południa nad wybrzeżem jeziora Michigan. Idealne miejsce dla handlu, finansów i rodzącego się przemysłu. Z dnia na dzień powstawały setki nowych miejsc pracy, które były magnesem nie tylko dla mieszkańców Wschodniego Wybrzeża, ale i Europy.

W drugiej połowie XIX wieku Chicago było najszybciej rozwijającym się miastem na świecie. Domy w Chicago rosły jak grzyby po deszczu. Były budowane prawie wyłącznie z drewna. Te wznoszone z kamienia lub cegły wewnątrz były wykładane drewnem. Drogi miejskie, nawet po podniesieniu poziomu miasta miejscami o 3 metry, były wykładane balami, tak aby ludzie nie brnęli w błocie. Ten materiał był tani i dostępny. Wtedy jeszcze prawie cały stan Wisconsin był porośnięty lasami. W Chicago było dziesiątki składów z drewnem, które służyły zaopatrzeniu miasta, ale też były punktami skąd eksportowano budulec drogą morską na wschodnie wybrzeże.
Miasto rozrastało się bez generalnego planu przestrzennego. Nie było prawie żadnego kodu budowlanego. O wszystkim decydowali ludzie, którzy pozbawieni nadzoru tworzyli nieprawdopodobny chaos urbanistyczny. Nie było żadnych stref; domy mieszkalne stały obok fabryk, magazynów i sklepów.

Wrzesień i październik w Chicago były okresem gromadzenia drewna opałowego i węgla na okres zimowy. Opał składowano w każdym wolnym miejscu.

Zawsze na początku każdego wydarzenia jest drobny, ale ważny punkt startowy. Od niego zaczynają się wielkie kataklizmy. W przypadku pożaru w Chicago była nim pogoda. Lato i jesień 1871 roku były wyjątkowo suche. Spadło tylko około 10 centymetrów deszczu, co było połową normy. Mieszkańcy zdawali sobie doskonale sprawę z niebezpieczeństwa pożarowego. Emigranci pamiętali pożary w miejscach skąd przybyli, a gdzie królowały drewniane domy. Stawały one w płomieniach najczęściej z powodu wyładowań atmosferycznych i podpaleń. Chicago miało specjalny system przekazywania informacji o powstających pożarach.

Według legendy 8 października, późnym wieczorem, przy 137 West Koven Street, emigrantka pochodzenia irlandzkiego Catherine O’Leary zabrała się do dojenia swojej krowy. Ta miała kopnąć lampę naftową, która się potłukła i wywołała ogień. Tyle legenda. Jedno jest pewne, że właśnie w tej oborze zaczął się pożar. Jaka była prawdziwa sekwencja wydarzeń tego się już nigdy nie dowiemy.

Tuż przed 9 wieczorem sąsiad pani O’Leary spostrzegł płomień i pobiegł w miejsce, gdzie się znajdował alarm przeciwpożarowy. Stamtąd wysłał wiadomość do dyżurnych na wieży przy sądzie miejskim. Stamtąd była prowadzona całodobowa obserwacja miasta właśnie pod kątem pożarowym. Człowiek, który pełnił dyżur natychmiast zasiadł do telegrafu i wysłał komunikaty do straży pożarowych. Zapomniał, albo nie umiał powiadomić tych placówek, które znajdowały się najbliżej. Pierwsze konne jednostki strażaków dotarły do pożaru dopiero po 20 minutach. Płomienie przy West Koven Street ogarnęły już kilka sąsiednich zabudowań.

Zewsząd dobiegał rozpaczliwy dźwięk dzwonów kościelnych i alarmowych. Można powiedzieć, że grały na trwogę, grały na śmierć miastu. Ludzie wybiegli przed domy. Ci z centrum zobaczyli łunę na południowej stronie miasta i liczyli, ze pożar do nich nie dotrze. Tego dnia jednak Chicago nawiedził silny południowy wiatr. To on jak gigantyczny miech przekształcił pożar obory w kataklizm. Wysuszone miasto nie miało szans. Żywioł szybko rozprzestrzeniał się na północ wzdłuż brzegu Chicago River. Ludzie sądzili, że rzeka, chociaż niezbyt szeroka, będzie dla pożaru barierą nie do przebycia. Mylili się. W tamtym czasie przypominała ona ściek. Teraz podobne rynsztoki, które były rzekami można zobaczyć gdzieniegdzie w krajach Trzeciego świata. Do Chicago River wrzucano wszystko co było niepotrzebne. Zlewano do niej odpadki z domów i z fabryk, w tym rzeźni. O 11.30, a więc w dwie i pół godziny po wybuchu pożaru, pod wpływem temperatury, warstwa śmieci pływająca po rzece buchnęła płomieniem.

Od tego momentu pożar przekształcił się w burzę ogniową, która charakteryzuje się między innymi powstawaniem tak zwanego efektu kominowego. Wytworzona kolumna gorącego powietrza zasysa w sposób ciągły do góry powietrze z otoczenia. Wywołuje to dalsze zwiększanie temperatury płomieni i samonapędzający się wzrost natężenia ognia i wiatru. Temperatura burzy ogniowej może sięgać 1600 °C, co oznacza, że praktycznie wszystkie materiały ulegają zapaleniu i podtrzymują ogień. Mogą zostać stopione cegły, cement, szkło, itd). Burza ogniowa może zużyć cały tlen na objętym przez nią terenie (po pożarze dziwiono się, że wiele ofiar nie nosiło śladów oparzeń). Wirujące trąby powietrza w Chicago zaczęły generować zabójcze podmuchy, które przerzucały iskry czy wręcz płonące fragmenty zabudowań w coraz odleglejsze miejsca. Tornada ogniowe wyglądały jak gigantyczne miotacze ognia.

Około 2.30 nad ranem ogień przekroczył drugą odnogę Chicago River. W płomieniach stanęła północna część miasta, gdzie znajdowała się jedyna stacja pomp wodnych. Kiedy ogarnął ją płomień przestała działać. Chicago nie miało już wody.
W mieście trwała panika, wszyscy łącznie ze strażakami uciekali gdzie się dało. Zwierzęta gnały na oślep w różnych kierunkach. Ciasna zabudowa i chaos sprawiły, że na ulicach rozgrywały się dantejskie sceny.

O 3.30 nad ranem zgasła nadzieja na opanowanie pożaru. Wszystko teraz było w rękach natury, która nie zawiodła. Nad Chicago z północnego zachodu nadciągał zimny front powietrza. Gwałtownie spadła temperatura z około 85 F do 50 F. Starcie frontów wyprodukowało deszcz, który zaczął padać wcześnie rano 9 października. Nie była to ulewa, ale wystarczający opad, aby przygasić pożar i napełnić ludzi nadzieją na przetrwanie. Padało przez cały ranek i dzień. 10 października po 30 godzinach od wybuchu pożaru sytuacja była opanowana. Obszar pożaru był prawie całkowicie wypalony, ale deszcz powstrzymał jego dalsze rozprzestrzenianie. Wzrosła wilgotność. Ustał też wiatr.
Opisy pożaru rzadko zawierają całą prawdę o zachowaniach ludzi w tym dramatycznym momencie. Katastrofa doprowadziła do wybuchu grabieży i bezprawia. Do Chicago zostali wezwani żołnierze. 11 października ogłoszono w mieście stan wyjątkowy, który zakończył trzy dni chaosu. Został on zniesiony wiele tygodni później.

Rozpoczęto obliczanie strat. Pożar zniszczył 4 mile kwadratowe miasta (obszar o długości 6 km i szerokości 1 km) i około 18 tys. budynków biznesowych, hoteli, sklepów, banków, fabryk. Zostały tylko po nich kikuty ścian z cegły, kominy, żelazne konstrukcje i góry popiołu. Zginęło około 300 osób, ale są to zaniżone statystki ponieważ po wielu anonimowych mieszkańcach nie zostało nic. 100 tys. osób zostało bez dachu nad głową i to w obliczu zbliżającej się zimy. Chicago liczyło wówczas około 324 tys. mieszkańców.

Catherine O’Leary i jej mąż Patrick konsekwentnie zaprzeczali wersji wypadku z krową. Prasa potrzebowała winnych więc zrobili z O’Leary starą, wiecznie pijaną, brudną wiedźmę. Nazywali ją kobietą „bezwartościową”. Podobnie opisywali jej męża, który widząc reporterów raził ich cegłami. Wątpliwa rola O’Leary w jednej z największych klęsk w historii Ameryki przyniosła jej sławę, której nigdy nie chciała. Zmarła 24 lata później z powodu ostrego zapalenia płuc, ale niektórzy twierdzili, że było to efektem ciągłej nagonki na jej osobę. Legendę o krowie i lampie podobno wymyśliły dzieci z sąsiedztwa, a prasa się jej uczepiła z jednego zasadniczego powodu: status Irlandczyków w Chicago był mizerny i traktowano ich najgorzej jak tylko było można. Elita polityczna i finansowa wywodząca się z protestantów gardziła nimi m.in. z powodu ich wiary katolickiej. Na wszelkie sposoby próbowano ograniczyć napływ Irlandczyków z Europy. Kreowanie z O’Leary podpalacza Chicago miało więc też wymiar polityczny. Dopiero w 1997 r. Rada Miejska Chicago uchwaliła rezolucję, która uniewinniła irlandzką imigrantkę i jej…. krowę.

W miesiąc po pożarze burmistrzem Chicago został Joseph Medill (1823-1899), republikanin współwydawca Chicago Tribune. Jego kampania oparła się na obietnicach ustanowienia surowych przepisów budowlanych i przeciwpożarowych. Jego przeciwnicy nieoczekiwane zwycięstwo przypisywali temu, że większość miejskich rejestrów wyborczych spaliła się w pożarze i zwolennicy Medilla masowo głosowali po kilka razy.
W kilka tygodni po pożarze na dworcu kolejowym, który znajdował się na miejscu dzisiejszego Parku Millenium z pociągu wysiadł młody Louis Sullivan, jeden z późniejszych największych architektów amerykańskich. Widząc zgliszcza miasta powiedział: To jest miejsce dla mnie.

Miasto zyskało szansę na odbudowę w nowoczesnym kształcie. Sullivan stał się jednym z twórców chicagowskiej szkoły architektonicznej, która charakteryzowała się odejściem od stylu tradycyjnej zabudowy wiktoriańskiej. Miała ona z czasem wpłynąć na architektoniczne oblicze wielu miast w Ameryce, ale też i na innych kontynentach. Pod koniec XIX wieku w Chicago powstały pierwsze na świecie wysokościowce. W roku 1885 wzniesiono 10-piętrowy gmach Home Insurance Building, a w roku 1888 zbudowano 11-piętrowy biurowiec Rookery. Prace związane z odbudową pociągnęły za sobą bum gospodarczy i szybki wzrost liczby ludności. W ciągu ośmiu lat ich liczba prawie się podwoiła i przekroczyła pół miliona. A już w 1890 roku osiągnęła 1 milion!

Teraz odpowiedź na pytanie zadane na początku. W miejscu, gdzie stała legendarna obora mamy kilkudziesięciometrowy maszt łącznościowy należący do Ośrodka Treningowego chicagowskiej straży pożarnej.

Andrzej Rogalski