Czas na rachunek dla Niemców

SHARE

Po wycofaniu się Związku Sowieckiego z Europy Wschodniej, jego rozpadu oraz zjednoczeniu Niemiec nastąpiła w Europie nowa jakość polityczna, która musiała mieć konsekwencje. Polska pełną suwerennością cieszyła się bardzo krótko.

Zachodni sąsiad, który szybko się zorientował, że również Stany Zjednoczone zaczynają uwagę kierować na inne części świata, postawił na odbudowę swojej potęgi oraz działania, które sprowadzają się do tego samego co to państwo robiło od połowy XIX wieku, czyli próby zdominowania całego kontynentu. Unia Europejska stała się narzędziem tej polityki.

Państwa Europy Wschodniej zostały szybko oplecione siatką zależności przez Berlin i wprzęgnięte do jego ekonomii jako gospodarki pomocnicze i komplementarne. Drenując te rynki szybko się wzbogacił. Za ekonomią poszła polityka. Odrodziła się niemiecka pewność siebie, arogancja i buta. Polska pod rządami PO stała się „państwem teoretycznym”, a politycy partii rządzącej tak jak za PRL-u odbierali instrukcje co mają robić z ambasady, tym razem nie sowieckiej tylko niemieckiej. Kiedy władzę w USA objął Obama stało się jasne, że Berlin może robić w Europie to co tylko chce. Polskę w 2015 roku od ekonomicznego i politycznego „anschlussu” w ramach Unii Europejskiej dzieliły miesiące. Ostatecznie Polska jako suwerenny kraj miała zniknąć zalana setkami tysięcy muzułmanów i mieszkańców Afryki, którzy na „zaproszenie” Angeli Merkel ruszyli na Europę.

Plany niemieckie pokrzyżowały wyniki wyborów na Węgrzech, w Polsce i USA. Polskie „nie” dla islamistów wzbudziło wściekłość Niemców i to się w gruncie rzeczy obróciło przeciwko nim!

Zaczęli popełniać błędy. Otwarcie zorganizowali i sfinansowali w Polsce totalną opozycję, która miała dokonać przewrotu. Na szczęście kolejne próby spaliły na panewce z prostego powodu – nie miały poparcia społecznego, a poza tym pojawiła się postać Donalda Trumpa i jego stanowcze wejście w politykę europejską. Z kim jak z kim, ale ze Stanami Zjednoczonymi Niemcy muszą się liczyć, w końcu przez ten kraj przegrali dwie wojny.

Niemiecka arogancja uruchomiła wreszcie temat, który powinien dawno paść – odszkodowań za II wojnę światową. Polska nie otrzymała od ich sprawcy Niemiec ani jednego dolara, a nasz kraj w jej wyniku poniósł niewyobrażalne straty ludzkie i materialne.

Straciliśmy na każdy tysiąc mieszkańców 220.
Bezpowrotnemu zniszczeniu uległo 38 procent majątku zgromadzonego przez Polaków.
Warszawa straciła 85 procent substancji miejskiej, 90 procent przemysłu, 90 procent dóbr kultury i zabytków oraz ponad 700 tys. mieszkańców.
Dokonano ogromnego rabunku dóbr kulturalnych Polski, w tym zbiorów muzealnych, archiwalnych i bibliotecznych.
Doliczono się ok. 516 tys. skradzionych pojedynczych dzieł sztuki! Niemcy zniszczyli 17 szkół wyższych, 271 średnich, 4880 powszechnych.
W gruzach legło 55 procent szpitali.
Straty w całym przemyśle wyniosły około 70 procent.
Wycięto 400 tys. hektarów lasów i obrabowano oraz spalono w poważnym procencie polską wieś.
Łączną wartość poniesionych strat oszacowano w 1947 roku na kwotę 258 miliardów złotych przedwojennych, co stanowiło równowartość ok. 50 miliardów dolarów amerykańskich (w 1939 roku). Po uwzględnieniu inflacji w roku 2010, wyniosłyby około 850-900 miliardów dolarów amerykańskich.
W samej stolicy Polski, wyniosły równowartość 45 miliardów dolarów.
Te szacunki są mocno zaniżone zważywszy na trudne do oszacowania straty ludzkie.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości podjął odważnie temat odszkodowań, na co Niemcy zareagowali z jeszcze większą butą. Kwestia reparacji jest według nich „prawnie i politycznie zamknięta”. Przyłączając się do sowieckiej deklaracji 24 sierpnia 1953 roku Polska, ich zdaniem, zrezygnowała z dalszych reparacji od Niemiec. Jakoś trudno im zrozumieć, że Polska pod butem sowieckim nie miała szansy na suwerenną decyzję w tej sprawie, a przekupienie paru zdrajców nie było problemem.
Zacytujmy początek „dokumentu”, na który tak skwapliwie powołują się Niemcy. Jedyna jego kopia w języku polskim, znajdująca się w archiwum ministerstwa spraw zagranicznych NRD, została przejęta po zjednoczeniu Niemiec przez archiwum MSZ RFN. Rozpoczyna się ona od zdania: „OBIAD WYDANY PRZEZ G. M. MALENKOWA (premiera ZSRR po śmierci Stalina – faktycznie nie mającego prawa do podejmowania samodzielnych decyzji) NA CZEŚĆ DELEGACJI RZĄDOWEJ NRD”. Potem następuje tytuł i tekst „oświadczenia” z wieloma błędami językowymi nie mówiąc o prawnych. Kto sporządził takie pismo? Dokładnie wiadomo. Nie ma w ślad za nim żadnej noty skierowanej do ówczesnego rządu NRD, która mogłaby być częścią umowy w formie wymiany pism, znanej prawu międzynarodowemu. W archiwach zachowały się jedynie list premiera NRD Grotewohla, który dziękuje Radzie Ministrów PRL za zrzeczenie się reparacji oraz odpowiedź Bieruta. Wymienione listy nie mają charakteru umowy, ponieważ nie spełniają przesłanek określonych w zwyczajach międzynarodowych.
Dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, specjalista od spraw związanych z odszkodowaniami, twierdzi, że dokument „zrzeczenia” się roszczeń z 1953 roku na pewno też nie został złożony w ONZ, co by mu nadało moc prawną. Odpowiednie działy archiwistyczne tej organizacji potwierdziły ten fakt na piśmie. Czyli polskie zrzeczenie z 1953 roku nie ma skutków w prawie międzynarodowym. Sprawa nie jest jednak jednoznaczna. Jedyny, który mógłby się podjąć takiej sprawy między państwami to Trybunał Sprawiedliwości ONZ w Hadze.

3 października 2010 Niemcy spłaciły ostatnią ratę reparacji wojennych w wysokości 70 mln euro na rzecz Francji i Wielkiej Brytanii za zniszczenia jakich dokonali we Francji w wyniku… I wojny światowej. W ten sposób uregulowali swoje finansowe zobowiązania. A co z Polską za II wojnę światową?

Skandaliczne zachowanie Berlina jest symptomatyczne. Co będzie dalej? Na razie Niemcy są skoncentrowani na wyborach. Wygra je pewnie Angela Merkel i przystąpi do akcji. Jakie będą dalsze losy tej kluczowej sprawy w stosunkach polsko-niemieckich? Czas pokaże czy uda się zawrzeć kompromis, czy Niemcy odmówią jakichkolwiek rozmów na ten temat.

Andrzej Rogalski