Deep state kontratakuje

SHARE

Atak rakietowy Stanów Zjednoczonych 7 kwietnia na lotnisko w Syrii był kompletnym zaskoczeniem dla przeciętnych, konserwatywnych i patriotycznych Amerykanów, dzięki którym Trump został prezydentem.

America First, dość wojen, skupimy się na naszym kraju – te i inne jego hasła były powtarzane w nieskończoność. Wyborcy w nie uwierzyli. Ludzie mieli już dość niekończących się globalnych konfliktów, interwencji, awantur, ataków na różne kraje. Wojny w imieniu niezrozumiałych, nieokreślonych interesów. Wydawało się, że Trump położy temu kres. Tymczasem łatwość z jaką podjął decyzję o ataku na suwerenny kraj jakim jest Syria, dalsze groźby pod adresem Korei, Rosji, Iranu są więcej niż niepokojącym sygnałem.

„Deep state” ten termin użył Steve Bannon jeden z autorów skutecznej strategii wyborczej Donalda Trumpa.
Ten termin określa nieznaną opinii publicznej ukrytą, mającą tajny charakter, realną władzę, która rządzi Stanami Zjednoczonymi. W klasycznej definicji wymienia się jej dwa najsilniejsze człony: kompleks militarno-przemysłowy oraz globalną finansjerę. Do niej zalicza się wszystkie siły niewybieralne pretendujące do kierowania polityką, grupy formalne i nieformalne, wręcz kamuflujące swoje istnienie, posiadające potężne wpływy i działające poza legalnym systemem. Koterie, kliki, mafie, różne tajne loże, kręgi finansjery, oszuści, globaliści czy korporacje mające większe ambicje niż to dotyczyłoby ich sfery działalności. To ukryte państwo zostało nazwane, częściowo pokazane i pokonane w wyborach. Trump miał z nim podjąć walkę – takie były obietnice, pozostała realizacja.

O ile Trump w pierwszych tygodniach zrealizował zadziwiająco dużo jeśli chodzi o swoje punkty wyborcze dotyczące polityki wewnętrznej o tyle polityka zagraniczna pozostawała w cieniu.

Nic się w niej specjalnego nie działo, poza ciągłymi próbami przeciwników w dyskredytowaniu jego sukcesu przez pokazywanie na rzekomych promotorów nowego prezydenta, tj. Rosję i Putina. Wydaje się, że była to tylko dezinformacja mająca przykryć przygotowania do zrobienia z Trumpa kolejnej marionetki. Kolejne wizyty różnych przywódców krajów zaprzyjaźnionych w Waszyngtonie nie miały jakiegoś większego echa czy skutków.
Gdy wydawało się, że rzeczywiście nowy prezydent kompletnie skupi się na sprawach amerykańskich nastąpiły wydarzenia w Syrii czyli rzekomy atak sił tamtego prezydenta na swoich wrogów z użyciem broni chemicznej. Dosłownie w kilka godzin po tym fakcie ruszyła nieprawdopodobna globalna machina medialna. Bez żadnych konkretów oskarżono Bashara al-Assada o bestialstwo, mordowanie swoich obywateli, cywilów, dzieci. Próby weryfikacji oskarżeń przez wszczęcie dochodzenia na szczeblu ONZ zostały zignorowane. Powoli stawało się jasne, że nie chodzi o wyjaśnienie zdarzenia tylko o wykorzystanie go jako pretekstu do ataku na Syrię.

W historii mamy setki takich prowokacji, których efektem były nawet wojny światowe.

Z ostatnich lat warto przypomnieć powód agresji na Irak. Wtedy okrzyknięto, że posiada on broń nie tylko chemiczną, ale też atomową. Później okazało się, że te rewelacje były wyssane z brudnego palca, ale wtedy było już po Iraku Saddama Husseina. Niektórzy eksperci zniknęli z mediów, a najbardziej wytrwali twierdzili, że Saddam Hussein tak ukrył tę broń, że nie można było jej wykryć.
W Afganistanie powodem wojny była Al-Qaeda i Osama bin Laden, który rzekomo zorganizował 11 września. Dawno już ta organizacja ani jej przywódca nie istnieją, a wojska amerykańskie nadal okupują Afganistan. Warto pamiętać, że minęło od początku wojny już prawie 16 lat! Kto jednak by opuścił to państwo, skoro jest ono tak bogate w minerały praktycznie nigdzie nie występujące na świecie.

Atak amerykański na Syrię przy użyciu rakiet miał miejsce 7 kwietnia, a celem było lotnisko, które odgrywało kluczową rolę w ostatnich sukcesach Damaszku w walce z ugrupowaniami terrorystycznymi, które nawiasem mówiąc nie wiadomo skąd czerpią środki na opłacenie swoich żołnierzy najemnych i zakup ton sprzętu wojskowego. Takich pytań nikt publicznie nie zadaje.

Na oburzenie tą wojenną woltą ekipa Trumpa opublikowała dokumenty mające świadczyć o tym, że atak zlecił prezydent Syrii i do tego o planach wiedziała Rosja. Wszystko ładnie pięknie tylko nie przedstawiono na to oskarżenie żadnych dowodów. A według autorów dokumentu dowody są, tylko podlegają tajemnicy! Czy może być bardziej absurdalna sytuacja?
Co się stało z Donaldem Trumpem, który z gołąbka pokoju światowego przemienił się w jastrzębia?
Czyżby „deep state” znalazło na niego sposób? Może pojawiły się jakieś dotąd skrywane haki, które odmieniły z dnia na dzień poglądy prezydenta USA i uczyniły z niego marionetkę?
Na ataku na Syrię nie zakończył on bicia w werble wojny. Zagroził oficjalnie bombardowaniem Korei Północnej, a kto wie czy nie skończy się tam na bezpośredniej interwencji wojskowej. Korea Północna stała się problemem, którym musimy się zająć – powiedział.

Szykuje się drugi Wietnam?

O tamtym już zapomniano? Potężna flota już wyruszyła w kierunku półwyspu koreańskiego. Ostre pogróżki padły pod adresem Rosji. W ostatnich dniach Afganistan został zbombardowany nową bronią. Pakt NATO przestał być przestarzały, jak mówił w kampanii.
Amerykańska polityka zagraniczna wróciła na stare tory, które realizowali Bushowie, Clinton i Obama. Została ona dawno temu wytyczona przez siły skupione w „deep state”. Program ogłoszono pod koniec lat 90-tych i nazwano „Strategy, Forces and Resources for a New Century”. Plan miał doprowadzić do dominacji USA na świecie. Jej autorzy pisali, że Ameryce potrzebny jest nowy „Pearl Harbor” (powód przystąpienia do II wojny światowej). Jakby na zamówienie miał miejsce atak 11 września 2001 roku. W programie wymienione są państwa, które mają być zmienione w „demokracje”, inaczej mówiąc zaatakowane. Listę otwierał Irak, dalej na niej znalazły się Libia, Somalia, Syria, Północna Korea i wreszcie Iran. Jak widać plan jest w trakcie realizacji i wygląda na to, że będzie go kontynuował Donald Trump, a to oznacza kolejne wojny, punkty zapalne na świecie i nieuchronną konfrontację z Rosją albo Chinami, co może skończyć się niewyobrażalnym kataklizmem.

Andrzej Rogalski