Tylko u nas Fotografia niczym malowanie obrazów – Urszula Leleń

Fotografia niczym malowanie obrazów – Urszula Leleń

SHARE
ula lelen

„Upside Down – Right Side Up”


Dziś rozmawiamy z Urszulą Leleń. To malarka i fotografka. Absolwentka Uniwersytetu Marii Curie-Sklodowskiej w Lublinie. Autorka wystaw i laureatka licznych nagród w dziedzinie fotografii artystycznej.

Malowanie obrazów jest twoją główną domeną artystyczną. Co sprawiło, że odstawiłaś je na boczne tory i zajęłaś się fotografią?

Mówiąc krótko: kwestie ekonomiczne. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych w 2000 r. poświęciłam się całkowicie malarstwu, które było, i nadal jest, moją ogromną pasją, można by rzec moim życiem. Brałam udział w wielu wystawach. Niestety, brutalna rzeczywistość sprawiła, że musiałam zacząć rozglądać się za czymś, co przynosiłoby stały dochód. I tu opowiem taką historię. Gdy byłam małą dziewczynką mój najstarszy brat kupił aparat fotograficzny. Szybko jednak znudził się robieniem zdjęć i odwiesił aparat na gwóźdź. Przyglądałam się mu niczym jakiemuś zaczarowanemu przedmiotowi. Nie mogłam pojąć, jak to się dzieje, że wychodzą z niego obrazy, wtedy jeszcze czarno–białe. Marzyłam, by nauczyć się go obsługiwać. Swój pierwszy aparat dostałam na piętnaste urodziny. I od tamtego czasu praktycznie się z nim nie rozstawałam. Robiłam najróżniejsze zdjęcia przy każdej okazji. Z czasem nauczyłam się obsługiwać aparat cyfrowy. Ale zdjęcia, które robiłam, były przeznaczone wyłącznie dla mnie. Kilka lat temu zaczęłam studiować grafikę komputerową, która dała mi do ręki narzędzia do „obróbki” tych zdjęć. Równolegle poznawałam tajniki fotografii alternatywnej m.in w pracowni wspaniałego fotografa Briana Franczyka. To wszystko dało mi możliwość wystartowania w trudnej amerykańskiej rzeczywistości z nowym zawodem. Zaczęłam portretować noworodki, dzieci, rodziny i kluczowe momenty ich życia.

Czym dla Ciebie jest fotografia?

Fotografia jest dla mnie zatrzymywaniem czasu. Dostrzeganiem i wyciąganiem emocji i piękna. Jest przygodą i zawsze bradzo osobiście podchodzę do każdej sesji i każdego projektu. Na każdy kadr patrzę oczami malarza, bo to jednak malarstwo jest moją pierwszą pasją i to ono ukształtowało moje postrzeganie świata i pewną wrażliwość.

Czym jest dla ciebie fotografia alternatywna?

Przede wszystkim odpoczynkiem i powrotem do przeszłości. Odskocznią od regularnych sesji cyfrowych.

Czy jest jakaś technika fotografii alternatywnej, z którą zaprzyjaźniłaś się na dobre?

Fascynują mnie różne techniki altrenatywne. Jednak większości z nich nie mogę uprawiać, ponieważ jestem uczulona na niektóre odczynniki chemiczne. Pozostały mi właściwie tylko dwie, w tym cyjanotypia.

Co to takiego?

Cyjanotypię wynalazł sir Johna Hershela w 1842 r., zaledwie trzy lata po oficjalnym ogłoszeniu wynalazku fotografii. Jest to proces drukowania kontaktowego, w którym negatyw umieszczany jest bezpośrednio na arkuszu papieru powleczonym światłoczułym roztworem dwóch substacnji chemicznych i wystawionym na działanie światła słonecznego. Po ekspozycji nieprzereagowane, rozpuszczalne w wodzie sole są przemywane, a nierozpuszczalny w wodzie niebieski pigment pozostaje w papierze. Wydruk można kontrolować, co pozwala uzyskiwać piękne i świetne z technicznego punktu widzenia zdjęcia. Nadruki mogą być tonowane różnymi sposobami. Daje to możliwość uzyskania odcieni alternatywnych dla koloru niebieskiego. W przypadku moich prac jest to zielona herbata, dzięki której uzyskałam kolor sepii.

Czy jesteś zadowolona z wyboru, jaki za ciebie poniekąd dokonał los, „skazując cię” na cyjanotypię?

Bardzo. Dlaczego? Ponieważ efektu nie można nigdy do końca przewidzieć. Odbitka z tego samego negatywu za każdym razem wygląda inaczej. Można powiedzieć, że cyjanotypia to taka przygoda, na końcu której stoi wielka niewiadoma. Podobnie rzecz ma się, gdy człowiek staje przy sztalugach. Zresztą dla mnie robienie zdjęć jest w pewnym sensie malowaniem obrazów.

Twoja najnowsza wystawa – do której wszystkie zdjęcia zostały wykonane metodą cyjanotypii – nosi tytuł „Upside Down – Right Side Up”. Czy to to jakaś sugestia, podpowiedź…?

Oczywiście, w tytule zawarta jest kwintesencja. Po pierwsze wskazuje ona na to, że mamy do czynienia z dwoma cyklami. Obydwa pokazują – oczyma kobiety – najsilniejsze, czasem głęboko zakryte emocje w relacjach damsko-męskich.
Right Side Up to opowieść o etapie związku, w którym zakochani ludzie są sobą zafascynowi i w siebie wpatrzeni tak bardzo, że nie dostrzegają swoich wad. To również prezentacja etapu harmonijnego pożycia, które udaje się osiągnąć po fazie zauroczenia. Z wymarzonych zdjęć/obrazów emanuje radość życia.
Upside Down pokazuje związki, których świat został przewrócony do góry nogami. Dużo tu kontrastów, dysharmonii, ukrytych gestów, zakodowanych zachowań. To związki przeżywające trudne momenty z powodu niemożności zaakceptowania zachowania drugiej osoby, jej inności. To również związki, którym „po burzy” udaje się – dzięki ogromnej woli i ciężkiej pracy – nawiązać nić porozumienia. Związki, w których pojawia się nadzieja na powrót do całkowitej harmonii.
Temat może wydawać się banalny, ale ze względu na swoją wielowymiarowość daje możliwość odkrycia czegoś nowego, czegoś, czego wcześniej się nie dostrzegało. Spojrzenie na to zagadnienie w odmienny sposób daje sama cyjanotypia, w której cykle zostały wykonane.

Na pewno warto przyjrzeć się twojemu spojrzeniu i być może podzielić się własnymi doświadczeniami…

Zapraszam bardzo serdecznie na wystawę, która odbędzie się w sobotę 15 lipca w Korean Cultural Center of Chicago, 9930 S. Capitol Dr., Wheeling, Illinois. Otwarcie – godz. 5.00 pm. Wystawie towarzyszyć będzie muzyka Adeli Skowroński.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad dla Tygodnika Program przeprowadziła Dorota Feluś. 
Zdjęcia w tym artykule i na okładce dzięki uprzejmości
Urszuli Leleń.

Więcej prac Urszuli Leleń można oglądać na stronie:
www.facebook/UrszulaPhoto