Fakty Macron, kompromitacja Francji

Macron, kompromitacja Francji

SHARE

Na ulicach Paryża i innych miast Francji od 10 tygodni trwają regularne walki demonstrantów z policją. Protesty rozpoczęły się w połowie listopada ubiegłego roku.

Uczestnicy domagali się wtedy wstrzymania podwyżek
cen paliw. Teraz demonstranci żądają dymisji prezydenta
Emmanuella Macrona, rządu i zasadniczych zmian we
Francji. Ekipa prezydenta kontratakuje. Zainicjowała tzw.
wielką debatę narodową. Macron krąży po kraju spotykając się z różnymi grupami Francuzów. Czy w ten sposób
uda się władzy rozmydlić niezadowolenie społeczne?
Podczas pierwszego spotkania w Normandii, z merami
miast, Macron zapowiedział dwumiesięczne rozmowy, dla
których punktem wyjścia jest 35 pytań na temat sprawiedliwości
podatkowej oraz praw pracowniczych. „Nie będzie tematów
tabu” – oznajmił wszystkim.

Czy „wielka debata narodowa” pozostanie tylko czczą gadaniną?

Od 21 stycznia każdy obywatel może zabrać
głos listownie lub internetowo na specjalnie stworzonej w
tym celu stronie internetowej. „To zasłona dymna. Przywódcy
boją się stracić swoje złote stołki” – powiedział Agencji
Francuskiej 66-letni Bernard Saidani. „Rozwiedliśmy się z
naszymi elitami” – dodał 53-letni Michel, który nie zamierza
uczestniczyć w „narodowej debacie”.

W ostatni piątek przed kolejną falą demonstracji Macron
kontynuował swoją podróż po Francji. Przemawiał do setki
zgromadzonych w Souillac na południowym zachodzie kraju.
Tam od jednego z merów usłyszał: „Ostrzegam pana: ta
debata nie powinna stać się wielkim blefem!” Według badań
94 proc. Francuzów słyszało o „wielkiej debacie”, 64 proc.
jest do niej nastawionych sceptycznie, a tylko mniej niż jedna
trzecia zamierza w niej uczestniczyć.

Francuzi są coraz bardziej podzieleni. Niezadowoleni i
aktywni w każdą sobotę wychodzą na ulice. Żądają spełnienia
swoich postulatów. Pasywni są niezdolni do jakiś
spektakularnych akcji lub nie mają pewności czy państwo
jest gotowe do zmiany kursu narzuconego przez bankierską
międzynarodówkę finansową. Pozostała część nie ma pojęcia
o sytuacji i żyje innymi sprawami.

W ostatnią sobotę na czele pochodu niesiono baner:
„Wielka debata – oszustwo”. Tego dnia w samym Paryżu protestowało
około 8 tys. osób. Ogółem w całej Francji wzięło w
nich udział 84 tysiące osób. Było to mniej niż w poprzednich
tygodniach. Tym razem też nie było wielkich starć z policją
czy aktów wandalizmu. Demonstranci mieli po raz pierwszy
swoją własną służbę porządkową. Dzięki temu protesty
przebiegły tym razem dość spokojnie. Czy to jest znak, że
protest wygasa?

Demonstranci występują teraz z zasadniczymi hasłami
charakterystycznymi dla buntu mas wobec oligarchii, „Kapitaliści
żyją ponad nasze środki”, „Lud chce obalenia reżimu”.
„Macron – dymisja, rząd – rezygnacja, system – obalenie”
to potrójne hasło, którego pierwsze dwa człony w różnych
wariantach podnoszono od początku protestów. Natomiast
trzeci, „obalenie”, jest nawiązaniem do rewolucji francuskiej.
Protestujący przy okazji zdeptali unijną flagę, co też ma
swoją wymowę.

Komisja Europejska zachowuje bierność. Macron może
robić to co chce. Tak wygląda rzeczywistość Unii Europejskiej,
która jeszcze nie tak dawno dostawała amoku na
temat demonstracji KODu w Polsce. Tymczasem premier
Francji zapowiedział ostrzejsze traktowanie wykroczeń i nielegalnych
manifestacji.

Jednocześnie pojawił się i rośnie w siłę ruch „czerwonych
długopisów”, czyli nauczycieli i wykładowców, którzy
są rozczarowani tradycyjnymi związkami zawodowymi i
wzywają do blokowania uczelni. Od momentu powstania
ruchu 12 grudnia, już 60 tysięcy osób zostało jego członkami.
Rządowi udaje się podzielić protestujących, dając do
zrozumienia, że nadal istnieje prawica i lewica, podczas gdy
w rzeczywistości podział jest wertykalny: między oligarchią,
która uważa, że wszystko jest dla niej dozwolone, a zniszczoną
podstawą [społeczeństwa].

Protestujący często wracają do rewolucyjnego hasła:
wolność, równość, braterstwo. Wygląda na to, że nie skończy
się tylko na demonstracjach i „Wielkiej debacie narodowej”.

Andrzej Rogalski