Podróże Andrzej Rogalski Ten co „niesie światło” – Statua Wolności

Ten co „niesie światło” – Statua Wolności

SHARE

Statua Wolności znajduje się u ujścia rzeki Hudson. Ten zielonkawy posąg jest chyba najbardziej rozpoznawalnym na świecie znakiem Stanów Zjednoczonych. W opinii publicznej utrwalono go jako symbol wolności i dobrobytu, który oferuje Ameryka imigrantom z całego globu. Dla rzeki ludzkiej, która przybywała na nowy kontynent statkami w XIX i do drugiej połowy XX wieku był to pierwszy obraz Stanów Zjednoczonych. Czy jest to jednak jedyne przesłanie? Nie, drugie, które jest równie oczywiste jest skrupulatnie pomijane przez media i przewodniki.

Chyba każdy, kto po raz pierwszy dopływa statkiem turystycznym do Liberty Island, na której znajduje się “Statua Wolności” jest nieco zawiedziony jej wielkością. Na tle Manhattanu, który swoimi budowlami sięga niemalże do nieba wygląda ona skromnie. Już na brzegu, u jej stóp zaśniedziały, mosiężny posąg robi większe wrażenie. W końcu wraz z cokołem mierzy prawie 100 metrów! Trzeba szukać dalekiego planu, aby go objąć w kadrze fotograficznym. Nieprzebrane tłumy ustawiają się na tle pomnika. Ludzie okrążają budowlę – zajmuje to najwyżej pół godziny i można wracać na statek, który odwiezie nas z powrotem na Manhattan. Zostaje tona fotek i powrót do codzienności. Będzie na pewno czas, aby podzielić się fotografiami z rodziną, przyjaciółmi czy na facebooku. To nic, że zamiast posągu na większości zdjęć jest nasza twarz lub sylwetka, kto by się przyglądał “Lady of Liberty”, wszyscy ją przecież znają i wiedzą o co chodzi!
Co symbolizuje postać z pochodnią w prawej dłoni, w lewej niosąca tablicę z datą 4 lipca 1776 roku i promienistą koroną? Co to ma wspólnego z imigrantami? Niewiele! To raczej oświadczenie ideologiczne, które wyznawał twórca posągu.
Frederic Auguste Bartholdi początkowo chciał ją ustawić w Egipcie, lecz tamtejsza władza odmówiła. Statua i jej charakter budziły u Egipcjan wątpliwości. Wykręcili się stwierdzeniem, że była dla tego kraju zbyt droga. Drugim wyborem dla wzgardzonego przez Egipt prezentu, za który nawiasem mówiąc trzeba było zapłacić, były Stany Zjednoczone. Niektórzy uważają, że Statua Wolności ma twarz matki Bartholdiego, ale ciało jego kochanki. Jedno i drugie nie wypadło zbyt kobieco, ale chyba nie był to przypadek.
Rzeźbiarz wpadł na pomysł budowy posągu około 1865 roku podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych. Według oficjalnej wersji miał symbolizować on przyjaźń amerykańsko-francuską. Rzeźbiarz pasjonował się ogromnymi egipskimi budowlami i był pod wrażeniem rozmachu amerykańskich miast. W liście do matki pisał: „Stany Zjednoczone są jak urocza kobieta żująca tytoń. Nowy Jork to wiecznie zabiegany tłum, zaniedbane ulice, słupy telegraficzne, druty, proporce powiewające jak na festynie, towary piętrzące się na chodnikach. (…) Wszystko jest tu ogromne, nawet groch”.
W 1871 r. Bartholdi przyjechał ponownie do USA w celu szukania sponsorów dla swojego projektu wśród oligarchów amerykańskich. Ci jednak z nieznanych powodów odmówili pieniędzy. Po powrocie do Francji szybko je znalazł wśród miejscowej oligarchii. Akcja była, jak to byśmy powiedzieli dziś działaniem “pozarządowym”, sponsorowanym przez nieformalna grupę. W 1884 roku statua została ukończona. Znów pojawił się problem z pieniędzmi, a konkretnie z opłaceniem transportu. Tym razem zadziałał nowojorski milioner i wydawca Joseph Pulitzer syn emigrantów żydowskich z Węgier. Zainwestował własne środki i zebrane od czytelników swoich gazet oraz zaprzyjaźnionych milionerów. Podzielona na 350 kawałków zapakowanych w 214 skrzyniach przypłynęła do Nowego Jorku 17 czerwca 1885 roku.
Aby ją złożyć na pokaźnym cokole 200 mężczyzn pracowało przy niej 7 dni w tygodniu przez 9 lat! Ustawiono ją na Wyspie Bedloesa, którą później, w 1956 r. przemianowano na “Liberty Island”. Statua Wolności na początku była rejestrowana jako… latarnia morska. Odsłonięcie miało miejsce 28 października 1886 i dokonał tego osobiście prezydent Grover Cleveland.
Posąg jest z miedzi, dlatego w wyniku korozji, jej powłoka okryła się z czasem patyną, przez co uzyskała obecny jasno zielony kolor. Płaty zewnętrzne są przymocowane do szkieletowej konstrukcji wewnętrznej podobnej do wieży Eiffla.
Jest jeden wątek, który łączy osoby zaangażowane w to przedsięwzięcie. Wszyscy od pomysłodawców, przez wykonawców, osoby finansujące i wreszcie decydentów, którzy zezwolili na ustawienie posągu na wyspie należeli do jednej grupy. Tą nicią, która ich łączyła była przynależność, oficjalna lub tajna, do stowarzyszenia iluminatów zwanych inaczej wolnomularzami.
Kim byli ci ludzie? Posłużmy się definicją encyklopedyczną: “Wolnomularstwo, inaczej masoneria to międzynarodowy ruch, mający na celu duchowe doskonalenie jednostki i braterstwo ludzi różnych religii, narodowości i poglądów. Ruch ten charakteryzuje się istnieniem trójkątów masońskich, lóż wolnomularskich,obediencji oraz rozbudowanej symboliki i rytuałów. Masoneria to także zespół bractw o charakterze elitarnym i dyskretnym.” Ten opis obejmuje oficjalną działalność, nieoficjalnie ludzie, szczególnie z jej kręgów najwyższego wtajemniczenia mieli i mają o wiele większe i szersze ambicje.
Masoneria, jak wiele innych globalnych stowarzyszeń, grup, klik, nie bez powodów była i jest posądzana o różne działania zmierzające do kształtowania świata według swoich planów. Niektórzy twierdzą, że właśnie Statua Wolności była niejako symbolicznym zaznaczeniem ich terenu, tzn. dominacji w Stanach Zjednoczonych. To było zresztą potwierdzeniem rzeczywistości. Począwszy od ojców Stanów Zjednoczonych, za jakich uważani są George Washington czy Benjamin Franklin większość prezydentów i elit amerykańskich do dnia obecnego było członkami lóż masońskich.
Czy Statua Wolności kryje w sobie ukrytą wiadomość pozostawioną przez jej budowniczych dla potomności? Posąg jest dziwnym tworem. Przyglądam się “Pani Wolności” i nie widzę symboli wolności – to raczej jakaś postać, ni kobieca, ni męska. Wzniesiona przez nią w górę pochodnia oznacza wskazanie drogi. Wyraża ona do patrzących bardziej “żądanie” niż “powitanie”. Beznamiętna twarz zdaje się mówić “macie podążać za moją pochodnią, w kierunku który ja wam pokazuję”!
Ta symbolika dokładnie pasuje do pierwszej nazwy posągu: “Liberty Enlightening the World“. Oświecenie to główne hasło iluminatów, ale tu ma szersze znaczenie. Oznacza słońce, mądrość, jasność, blask. Ten kto niesie światło po łacinie to: lucius – światło, a ferre to – nieść, czyli LUCYFER. Każdy kto jest wychowany w cywilizacji chrześcijańskiej wie, że to inaczej szatan, upadły anioł. Tymczasem w starożytności, do której nawiązują iluminaci w swojej filozofii, było inaczej. Lucyfer był symbolem planety Wenus, której pojawienie się na horyzoncie zapowiadało świt. Dla wolnomularzy to reprezentant religii orientalnych, erotyki, idei zmiany świata na inny, ten w założeniu lepszy.
Wyraźnie widać w koronie posągu siedem złotych promieni słońca – to znów symbol iluminacki – promieniującej mądrości, jej potęgi, która nie musi być wcale moralna.
Symbolika, którą zawarli masoni w posągu, która stanęła u ujścia rzeki Hudson jest bezdyskusyjna, z drugiej strony ta, imigracyjna, której efektem była zmiana nazwy z “Wolność oświecająca świat” na “Statuę Wolności” też ma swój ciężar gatunkowy. Ktoś może powiedzieć: “no przecież data 1776 to rok ogłoszenia niepodległości Stanów Zjednoczonych”. Oczywiście pełna zgoda, tylko trzeba dodać, że to też data utworzenia w Niemczech masonerii. Zbieg okoliczności?
George Washington w liście z 1798 r. napisał: „Nie jest moją intencją wątpić w doktrynę Iluminatów i zasady Jakobinów rozprzestrzeniające się po Ameryce. Wręcz przeciwnie. Nikt nie jest bardziej zadowolony z tego faktu niż ja.”
Prezydent John F. Kennedy powiedział o tajnych stowarzyszeniach: „Samo słowo – sekret – jest odrażające w wolnym i otwartym społeczeństwie. I my obywatele w sposób historycznie właściwy, sprzeciwiamy się tajnym stowarzyszeniom, tajnym przysięgom i tajnym uczynkom”. Kilkanaście dni po tym stwierdzeniu Kennedy został zabity.
Oglądając tą lub tego co “niesie światło” warto pamiętać, że posąg ma inne fundamentalne przesłanie, inne niż to, którym nas karmią media i przewodniki.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Rogalski