Podróże Andrzej Rogalski Zobaczysz i nigdy nie zapomnisz – Kalifornia – Muir Wood

Zobaczysz i nigdy nie zapomnisz – Kalifornia – Muir Wood

SHARE

Ludzie idąc najczęściej są pochyleni i patrzą w dół. W tym miejscu jest inaczej. Prawie wszyscy mają głowy zadarte w górę i wzrok kierują wysoko ponad siebie. Próbują ogarnąć to co widzą.

Nie jest to łatwe. Gdzieś bardzo wysoko widać zza zielonych konarów przesiane fragmenty niebieskiego nieba. Kolosy mają nawet do 80 metrów wysokości, a pnie średnice nawet do 5 metrów. Więcej cieni niż światła. Jeśli jakikolwiek krajobraz w Stanach można nazwać magicznym, to ten las podobny do zamku średniowiecznego ze strzelistymi wieżami, znajdujący się na północ od San Francisco, kwalifikuje się na takie określenie.

Reedwood, tak brzmi po angielsku potoczna nazwa sekwoi wiecznozielonych. Są jakby nie z tego świata.

Relikty nieznanej przeszłości opisywanej w legendach i baśniach. W tym miejscu najbardziej odporni na piękno i emocje ludzie cichną. Ze zdziwieniem, ale też z pokorą oddają część naturze. Majestat i potęga bijące od kolosów robią niezatarte wrażenie. Wokół panuje cisza taka jaką można usłyszeć w pustej katedrze. Być może olbrzymy posiadające grubą, gąbkowatą, brązową, korę skutecznie pochłaniają wszystkie szmery wiatrów oraz dźwięki przyciszonych rozmów ludzi. Ślady gigantów odkrywają geolodzy w warstwach sprasowanej przed milionami lat ziemi.

Sekwoje wiecznozielone przetrwały epoki zlodowaceń, ociepleń, zmiany kształtu skorupy ziemskiej i wszelkie możliwe kataklizmy. Redwoods w Muir Wood są stosunkowo młode, bo liczą sobie tylko od 700 do 1000 lat. W innych miejscach zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych oraz nieckowatych terenach Sierry Nevada wiek niektórych osobników szacuje się na dwa, a nawet trzy tysiące lat.

W połowie XIX wieku w Kalifornii wybuchła gorączka złota.

Z całego świata przybyło na miejsce dziesiątki tysięcy osadników. Wtedy rozpoczęła się dla czerwonobrązowych drzew śmiertelna walka o przetrwanie. Z jednej strony znaleźli się ludzie, którzy kierowani zyskiem i potrzebami rozpoczęli niczym nie hamowaną wycinkę, a z drugiej pojawili się ludzie, którzy z przerażeniem stwierdzili, że wszystkie olbrzymy niebawem znikną z powierzchni ziemi pod toporami i piłami drwali. Ci pierwsi można powiedzieć, że zwyciężyli. Do dziś w ciągu 150 lat wycięli ponad 80 procent gajów sekwojowych rozciągających się wąskim pasem nabrzeżnym od Big Sur na południe od San Francisco do Crescent City w północnej Kalifornii.

– Przed laty – pisał na początku lat 60. ubiegłego wieku laureat literackiej nagrody Nobla John Steinbeck – pewien obcy przybysz sprowadził się w moje strony pod Monterey (Kalifornia – przyp. AR). Jego zmysły musiały ulec atrofii i stępieniu od pieniędzy i ich zdobywania. Kupił gaj sekwoi w głębokiej dolinie niedaleko wybrzeża a potem, korzystając ze swojego prawa właściciela, ściął je i sprzedał drewno, a na tym miejscu zostawił szczątki swojej rzezi. Zgroza i drętwe oburzenie napełniły miasteczko. To było nie tylko morderstwo, ale i świętokradztwo. Patrzyliśmy na tego człowieka ze wstrętem i pozostał napiętnowany do końca swoich dni.

Praktyczne wszystkie gaje sekwojowe do końca XIX wieku zostały wykupione przez prywatnych właścicieli. Za akr płacono średnio… 2.5 dolara.

Wycinka sekwoi i innych wartościowych drzew zaspokajała potrzeby rosnących jak grzyby po deszczu miast Kalifornii. Później w 1869 roku wraz z połączeniem zachodniego i wschodniego wybrzeża koleją powstał nieograniczony popyt na budulec z lasów kalifornijskich. Do tego doszedł postęp techniczny, który umożliwił łatwe powalanie nawet największych gigantów i ich transport. Dla sekwoi zaczął się prawdziwy armagedon.

Miejsce, które dziś nosi nazwę Muir Woods National Monument na północ od San Francisco przetrwało pierwszą falę wycinek tylko z jednego powodu. Drwale, ze względu na trudny dostęp do gaju nie mieli szansy wywiezienia stamtąd ściętych drzew.

Złamanie tej naturalnej bariery było tylko kwestią czasu. Kompanie pozyskujące budulec nie zasypiały gruszek w popiele. Rozpoczęły budowę drogi i torów kolejowych do Muir Woods. Cel tych inwestycji był jasny. W ostatniej chwili stał się cud, który pokazał iż nie wszyscy ludzie są przeżarci rządzą posiadania i patrzą daleko do przodu kierując się dobrem wspólnym. Lokalny biznesmen William Kent wraz z żoną Elizabeth zakupili w 1905 roku zagrożony gaj sekwojowy. Dalej jednak nie byli pewni czy to jest dostateczna ochrona i podarowali ziemię państwu. Rok później San Francisco nawiedziło katastrofalne trzęsienie ziemi i pożar. Do odbudowy miasta były potrzebne miliony metrów sześciennych drewna i pobliski gaj z pewnością poszedłby pod topory, gdyż już było gotowe połączenie drogowe.

W 1908 roku prezydent Theodore Roosevelt ogłosił miejsce pomnikiem przyrody. Na życzenie Williama Kenta zostało nazwane imieniem Johna Muira (1838-1914) przyrodnika, pisarza, filozofa, jednego z pierwszych rzeczników ochrony przyrody w Stanach Zjednoczonych, który przyczynił się do ochrony wielu miejsc przed zakusami zachłannego biznesu. John Muir jest uznawany za „jednego z patronów działalności środowiskowej dwudziestowiecznej Ameryki”. Działał w dwóch kierunkach; politycznym i społecznym – propagował rekreację na łonie natury.

Muir był ekologicznym myślicielem, którego dzieła u wielu osób obudziły miłość do natury. Jego biograf Donald Worster stwierdził, że misją Muira było „uratowanie amerykańskiej duszy od całkowitego poddania się materializmowi”. Ciekawostką jest fakt, iż jego żoną była Polka, córka Johna Strentzela (Jana Strencla), lekarza i powstańca polskiego, który uciekł przed represjami zaborców do Stanów Zjednoczonych. W Kalifornii Strentzel stał się pionierem ogrodnictwa, hortologii wyspecjalizowanego działu nauk rolniczych, traktującego o hodowli i uprawie roślin sadowniczych, warzywnych i ozdobnych oraz projektowaniu, urządzaniu i pielęgnowaniu terenów zieleni, czyli architektury krajobrazu.

Wybawca gaju sekwojowego William Kent z czasem trafił do Izby Reprezentantów USA i opracował akty prawne, które utorowały drogę do powstania amerykańskich parków narodowych.

W Muir Wood rosną dwa rodzaje sekwoi: Redwood tj sekwoja wiecznozielona, która osiąga wysokość nawet do 115. metrów. Największym znalezionym okazem jest Hyperion (z greckiego najwyższy) drzewo znajduje się w Parku Narodowym Redwood w Północnej Kalifornii). Sekwoja wiecznozielona ma maksymalnie średnicę 15 metrów i jest w stanie przeżyć do 2 tys. lat. Grubość kory chroniącej drzewo ma około 30 centymetrów. Drugim olbrzymem z rodziny jest Giant Sequoia czyli po polsku; mamutowiec olbrzymi. Ten rodzaj sekwoi jest nieco niższy. Rośnie do wysokości 100 metrów i osiąga średnicę 12 metrów. Najstarsze jej egzemplarze wycenia się na 3200 lat. Średnia grubość ich kory wynosi 70 centymetrów.

Zarówno sekwoje wiecznozielone jak i mamutowce rosną w bezwietrznych nieckach i dolinach. Mają powierzchniowe ukorzenienie i silniejszy wiatr z łatwością by je powalił. Muszą być też w pewnym oddaleniu od mórz, ponieważ nie tolerują zasolenia ziemi. Wymagają bardzo nawodnionej gleby i odpowiada im zamglone powietrze, z których wyższe partie drzew czerpią wilgoć. Takie warunki panują właśnie na wybrzeżu Pacyfiku.
Kolor jak i długowieczność drzewu zapewnia produkowany w jego systemie – kwas taninowy. Stosowany jest on powszechnie w lecznictwie w formie maści, past, roztworów i zasypek. Wykazuje działanie przeciwzapalne, hamujące krwawienia. Zmniejsza wrażliwość unerwienia. Niszczy także białka bakteryjne, dzięki czemu działa odkażająco. Wiele osób w gajach sekwojowych dotyka lub przytula się do drzew. Może nasz instynkt popycha nas do tej chemiczno-energetycznej terapii zdrowotnej?

Wiele razy byłem w gajach sekwojowych i za każdym razem czułem po ich opuszczeniu niedosyt. Chęć natychmiastowego powrotu. I tym razem ciężko było rozstawać się z Muir Wood i wracać nawet do tak urokliwego miejsca jak San Francisco. Tam jednak już nie było tej ciszy, zapachów i niewidzialnej energii. Sekwoje raz ujrzane – pisał Steinbeck – pozostawiają po sobie piętno, albo stwarzają wizję, która nie opuszcza nas już nigdy. Nikt dotąd nie namalował i nie sfotografował naprawdę dobrze tego drzewa. Uczucie, które ono wywołuje jest nieprzekazywalne. Idzie od nich cisza i potęga. Sprawia to nie tylko ich niewiarygodny ogrom czy kolor, który zdaje się zmieniać i przeobrażać na naszych oczach (…) Jest w nich tajemnica paproci, które zniknęły przed milionem lat w pokładach ery węglowej (…) Czuje się potrzebę złożenia niskiego ukłonu bezspornym władcom.

Drzewa do nas na pożegnanie jakby mówią: jesteście małymi mróweczkami, których tu przygnała ciekawość. Czas dla was mierzy się godzinami dla nas wiekami. Po was już dawno ślad zaginie, a my będziemy dalej trwać. Idźcie sobie, zostawcie nas w spokoju.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Rogalski